Przyznam się Wam do czegoś. Jestem, jak to mówi Mira, serialową dziweczką. Serial wciąga inaczej, niż książka, bo nie trzeba sobie biszów wyobrażać – biegają radośnie po ekranie, prezentując swoje wdzięki. David Tennant jako 10 Doktor niewątpliwie jest przeuroczy i choć opuścił serial ładnych parę lat temu, nadal można spotkać fanki, które z psychotycznym błyskiem w oku popiskują, że to właśnie on jest „tym jedynym i słusznym” Doktorem. Jedna z nich mało, że postanowiła napisać na nowo przygody 11 Doktora, zamieniając Matta Smitha w Davida, ale dodatkowo postanowiła wykopać z fabuły prawdziwą towarzyszkę Doktora i zastąpić ją… Mary Sue.

Jeśli natkniecie się podczas lektury na obce, dziwne słowo czy pojęcie – zajrzyjcie do Paskudnego słowniczka 😀

Komentują: Foka i Szyszka, serialowe dziweczki. Miry tym razem nie ma, niech Was zżera tęsknota i nadzieja na zwabienie jej paczką czipsów.

Źródło: cisza-nadchodzi.blog.onet.pl

01. PROLOG

Atramentowe, bezkresne niebo. Miliony srebrnych gwiazd, nieodkrytych planet, setki zapomnianych cywilizacji. I jedna planeta, zwykła planeta nie różniąca się niczym od innych planet.

Takich jak Mars, Wenus, Jowisz. Absolutnie niczym.
Dawno temu, a może całkiem niedawno, bardzo daleko, a może zupełnie blisko… w każdym razie ja nie wiem, dokładnie, gdzie, leży tajemnicza planeta, w której żyją ludzie.

Błękitna Planeta, Ziemia. Sześć miliardów ludzkich istnień.

Powtarzamy, niczym się nie różniła od innych planet.
Jak klony.

Prawie nikt nie zdawał sobie sprawy jakie niebezpieczeństwo wisiało nad nimi. Nad nami.

Zdecyduj się, autoreczko.
Słowo daję, “kto się boi Gargamela, niechaj zaraz idzie spać”.
“Bo to fanfik dla tych, co się lubią bać!”

Coś czaiło się w ciemności, w bezkresnych przestworzach kosmosu. Coś pełzało, coś wyłaniało się z mroku. Jakaś bezcielesna siła, powoli rozdzierająca naszą rzeczywistość swoimi ostrymi pazurami.
Moment, to w końcu bezcielesna czy z pazurami..?

Według różnych ludzi, wybitnych fizyków i zwykłych fanatyków nauki, nasza rzeczywistość to nie jedyna rzeczywistość.
Jako zwykły fanatyk nauki, chciałam Wam powiedzieć, że nasza rzeczywistość nie jest jedyna!
Jako jedyna rzeczywistość chciałam wam powiedzieć, że fanatycy nauki to nie jedyni fanatycy!
Oraz że są fanatycy zwykli i niezwykli! Ale o tych niezwykłych dziś nie rozmawiamy.

Już Albert Einstein wygłosił swoją teorię na temat istnienia równoległych wymiarów.
Yyy… ja jestem tylko humanistką, więc pewnie się nie znam, ale sądziłam, że Einstein to teorię względności wprowadził.
Ja jestem tylko humanistką i potwierdzam, że Einstein tylko się nią zajarał, a wymyślił ją Everret. Ale nie, żebym się wymądrzała.

Przez cały czas równoległe wymiary były oddzielone od siebie przez bariery.
Bariery. Betonowe zapewne?
Dźwiękowe.

Wraz z pojawieniem się Ciszy bariery stają się coraz cieńsze i słabsze.
No jasne – beton się ściera i bariera obumiera!
Tak po cichutku się ściera, w samotności i ciszy…
Nie spojluj zła Szyszko, cisza to zapada na końcu dopiero!
Na końcu to kurtyna. I łaskocze frędzelkami stopy Hermengildy Kociubińskiej.

Przez wiele wieków echa z tamtych wymiarów pojawiały się w naszym świecie, jako marzenia, sny czy chociażby pomysły. Zdarza się, że czasami, dwa lub więcej wymiarów nakłada się na siebie.
Ten przydługi wstęp ma nam uzmysłowić, że zaraz pojawi się coś totalnie z dupy nielogicznego, ale autoreczka będzie szła w zaparte.

Wtedy konsekwencje są nieoczekiwane.
O rety, jak się taka długość z szerokością na siebie nałożą, to normalnie mózg wymięka! A jak jeszcze dojdzie do tego wysokość, to aż strach się bać, jakie konsekwencje mogą z tego wyniknąć..!
No jak to jakie – nieoczekiwane.
Nikt nie oczekiwał nieoczekiwanych konsekwencji..!

Londyn, rok 2011.

Londyńskie noce jak zwykle bywają zimne i ponure. Krople deszczu uderzały o szyby, w rytm monotonnej melodii.
La, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la…
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny… do taktu turkoce i puka i stuka to tak to to, tak toto.
No jak to to, jak to to?! (z rozpaczą)
Zostaw rozpacz na koniec opka.

Prawie cała podmiejska okolica była pogrążona w głębokim śnie. Jednak, w kilku oknach nadal paliło się światło. Ktoś z mieszkańców, jak zwykle nie mógł zasnąć.
Ej, no, można było, wsadzić jeszcze, kilka przecinków więcej, nie rozumiem, po co, się ograniczać!
Może ona po prostu strzela randomowo przecinkami, bo ktoś jej powiedział, że trzeba?

Jak co noc, siedział do późnych godzin pogrążony w swoim świecie marzeń. Otóż, Anna prawie cały czas chodziła z głową w chmurach, ba!
Otóż, nie wiem nawet jak to skomentować, ba! =_=
Ba ba ba (jak to mówi Mikołaj w pewnym komiksie o Opolu)

Niemal cały czas nie dotykała ziemi.
Lewitowała w stanie nirwany.
A do szkoły zaprowadzał ją tatuś ciągnąc na sznurku przywiązanym do nogi. Koledzy jej nie lubili, bo się szybko unosiła.

Mały, przytulny pokój o błękitnych ścianach. Niemal całą przestrzeń zajmowały drewniane półki zawalone różnymi maskotkami.
Nie dość że lewituje, telekineza też nie jest jej obca! Przypominamy – przestrzeń pokoju to jest to, co mieści się POMIĘDZY ścianami.
Kwintesencja dojrzałości, nie ma co.

Całe biurko zajęte było przez rozrzucone niedbale książki i opakowania po słodyczach. Przy oknie, stało łóżko. Na nim również panowały bałagan, który Anna nazywała zwykle artystycznym nieładem. Jego centralną część zajmowała skulona postać dziewczyny.
Centralną część bałaganu, tak?
Nie szanuje książek, wpierdziela cukierki przy czytaniu, a potem bałagani jakimś ciałem na łóżku. Zgroza.

Niebieskie światło pochodzące od ekranu laptopa oświetlało jej pyzatą i piegowatą twarz.
Czyżby nadchodziła nasza Mary Sue, którą Doktor ma zabrać na magicznie odchudzającą planetę? Z piegami pewnie sobie też poradzi.

Rude włosy
Wcale nie widzimy tu podobieństwa do Amy Pond. Wcale-wcale.
Bo to taka polska wersja. Zamiast Amy Pond mamy Annę Sadzawkę.

związane w luźne warkocze opadały na workowatą piżamę. Jej usta poruszały się rytmiczne, gdy powoli przeżuwała kolejne kostki czekolady.
Wyglądało to mniej więcej tak, jak TUTAJ
Ja pinkolę, opis jak z Misery.
Albo z pastwiska pełnego krów.

Jej szarawe oczy były wpatrzone w ekran, nie zauważając upływu czasu.
Ach, ta Mary Sue. Gdyby nie wpatrywała się tak w ekran, to gołym okiem dostrzegłaby upływ czasu, a tak – ominął ją cały widok!
Starcze otępienie w tak młodym wieku?

–        Anno! Do jasnej cholery, jest środek nocy a niedługo musisz wstać do szkoły! Znów oglądasz serialne!
Serialnie ogląda.
Czyli tak bardzo serio.

Wyłącz laptopa i idź spać! Natychmiast! – Zirytowany głos jej matki dotarł do jej uszu. Z niechęcią zamknęła laptopa i wzdychając demonstracyjnie przykryła się kołdrą.
Demonstracyjnie się przykryła, na złość mamie!
A miała przykryć się niedźwiedzią skórą, patrz, jaka złośliwa.

–        Od chwili gdy jej głowa dotknęła poduszki, przez dłuższy czas nie mogła zasnąć.
Przed tą chwilą głowa bohaterki nie miała takich problemów.
Zauważ, że to linia dialogowa. Ktoś stoi przy łóżku i opowiada nam o niej. Pewnie Duch Poprzednich Świąt.

–        Wierciła się w pościeli, wlepiając oczy w sufit.
Każdy wie, że nie mogąc zasnąć zazwyczaj gapimy się w sufit. Tylko leszcze próbują zasnąć zamykając oczy.
Teraz mówi Duch Świąt Teraźniejszych.

–        Na zewnątrz nadal padał deszcz, uderzając o szyby. Cicha melodia deszczu, sprawiła, że jej powieki zaczęły robić się coraz cięższe.
Duch Przyszłych Świąt znany był ze swoich seansów hipnotycznych.

To był jej czas, pora w której mogła przenieść się w jej prywatny świat marzeń i fantazji. Gdy tylko znalazła się sama, czy to w szkolnej ławce, czy na kwitnącej łące za miastem, w jej głowie same kreowały się najbardziej niemożliwe scenariusze.
Aż się boję…
Bój się, bój, MarySówka, która nawet nie udaje, że leczy sobie kompleksy fantazjami na jawie, zamiast pierdyknąć czekoladę i zrobić dziesięć przysiadów co godzinę…

–        Anna będąc na granicy snu i jawy zaczęła wyobrażać sobie jej ukochaną, drewnianą, niebieską budkę. Och, gdyby tylko jej Doktor zjawił się i zabrał ją, tam, pośród gwiazd, pośród tych nieodkrytych planet…
Zjaw się i weź mnie, o, weź mnie mocno, żebym zobaczyła gwiazdy..! Ekhm… <blush>
Foko! Ja myślałam, że tak masz tylko na Ralpha Fiennesa?
Ja tylko werbalizuję te co… hmm, głębsze… marzenia i tęsknoty naszej panny. 😛

Te?

fec

Fluorescencyjne cyfry na tarczy zegara układały się w godzinę 3:00. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie to, że za cztery godziny Anna miała wstawać do szkoły.
Szkoła?! To zdecydowanie nie w porządku!
Zegarek też nie był w porządku.

Za zamkniętymi drzwiami jej pokoju rozległy się czyjeś kroki.

Gdzieś w kosmosie.
To za drzwiami, czy gdzieś w kosmosie?

Bezkresne niebo rozdarła świetlista błyskawica, tworząc rozległą szczelinę.
Świetliste błyskawice w bezkresnym kosmosie często tworzą szczeliny. Zazwyczaj wycieka przez nie zdrowy rozsądek autorek fanfików.
W odróżnieniu od ciemnych błyskawic, które tworzą pagórki.

W tym momencie każdy z czujników TADIS zaczął wariować.
TADIS, ponieważ nazwa TARDIS jest zastrzeżona.
Poza tym to jest ONA. TA RDIS ;P

Liczby na ekranach zaczęły zmieniać się jak szalone.
W różowo-zielone nosorożce.
I bełkotały po cichutku.

Chuda postać ubrana w brązowy garnitur i czerwone trampki miotała się w pośpiechu, pośród różnych wajch i czujników.
A skarpetki miała? A majtki? Jakiś podkoszulek..?
Tylko garnitur i trampki. I miotała się, bo się bała wackiem zahaczyć o wajchy.

Jego zwinne palce co chwila przyciskały różne przyciski.
O, chuda postać zmieniła płeć 😀
Ten chuda postać, tego jeszcze nie grali w Doktorze.

Brązowe oczy wpatrywały się w ekrany, na których migały rzędy cyfr.
W postaci nosorożców w baletkach.

– Co?! To nie ma żadnego sensu! – W tym momencie mężczyzna kopnął z całej siły w konsolę, sprawiając, że snop iskier wystrzelił w jego kierunku.
I sparzył sobie przyrodzenie.

–        Co? Chcesz się ze mną droczyć?! – Cała TARDIS drżała i trzęsła się, jakby jakaś niewidzialna siła uderzała w nią.
O, jednak TARDIS…
I jednak ona.
I taka przekorna jakaś, nie lubi się droczyć. Za to pyskuje do mężczyzn.

–        Doktor musiał złapać się fotela, gdy budka wpadła w turbulencje. Z każdą sekundą ich siła wzrastała.
W tym momencie czytelnik przekonuje się, że na pokładzie TARDIS znajdowali się: chuda postać, mężczyzna oraz jakiś doktor.
I mieli małą prywatną orgię, a kapitan Jack bardzo cierpiał, że go to ominęło. chyba, że to on komentuje, bo znowu mamy linię dialogową zamiast opisu.

–        Jasna… cholera… – Słowa mężczyzny zginęły w zgrzycie maszynerii.
Śmiercią nagłą i tragiczną. Ale przynajmniej nie cierpiały długo.
I dobrze, że zginęły, bo Doktor klący na TARDIS nie przeżyłby długo.

–         Jego źrenice rozszerzyły się, gdy TARDIS zaczęła kierować się w stronę szczeliny.
Jak u kotka!

–         Wydobywało się z niej jasne, intensywne światło. Doktor starał się zrobić wszystko, aby w nią nie wpaść.
Rozkraczył się nawet i zaparł rękami!
I popiskiwał jak mała dziewczynka.
Nie to, co mężczyzna, który zachował zimną krew i nonszalancko dłubał w zębach. Chuda postać straciła zaś przytomność (z niedożywienia) i cała zabawa ją ominęła.

–         Jednak, TARDIS zachowywała się, jakby szczelina przyciąga ją jak magnes. Tylko metry dzieliły go od feralnej kolizji.
Bo to ten TARDIS był.
Nie, TARDIS była bezpieczna, metry dzieliły Doktora od kolizji.
A tak, przepraszam. Od kolizji ze świetlistą szczeliną, oczywiście, ależ ze mnie gapa.

–         Jasna światło powoli zaczęło sączyć się do środka, z każdą chwilą przybierając na intensywności. Po kilku chwilach było tak mocne, że zalało całe wnętrze TARDIS. Od uszu Doktora dotarł dziwny szum, wiedział, kolizja była nieunikniona.
Szuuuu, szuuuu, szumiały łagodnie uszy Doktora, „szeeeka nassss kolisssssja..!”.
To był szum od uszu 9 Doktora.

Londyn, rok 2011.

Anna przewróciła się na drugi bok, wzdychając przez sen. Pościel była taka ciepła i miękka, a odgłosy deszczu działały jak kojąca kołysanka. Nic nie mogło przerwać jej błogiego snu, nic nie mogło jej obudzić…
Podkreślamy raz jeszcze – NIC! ABSOLUTNIE NIC!!!

–        JEZU, MATKO BOSKA! – Dziewczyna podskoczyła na łóżku, gdy za oknem rozległ się straszny huk pomieszany z piskliwym krzykiem jej matki.
Ot, kobieca konsekwencja :/.
Tylko podskoczyła, wcale nie musiała się budzić.

–        Była kompletnie zdezorientowana, mrożąc oczy próbowała zobaczyć godzinę na budziki.
Zmrożone oczy widzą lepiej, dalej, więcej! Dlatego zawsze miała pod ręką ciekły azot.
A budzik się przestraszył pod jej mroźnym spojrzeniem.

–        Co… Już wstaję… Już… Wymamrotała, przecierając oczy.
Ze szronu.
I sopli.

–        Za drzwiami jej pokoju rozległy się kroki i ktoś włączył światło. Jej wzrok padł na zegarek, 5:11.
Pierwsze, co robi każdy rozsądny człowiek, kiedy słyszy straszny huk i przerażony krzyk matki w środku nocy, to spojrzenie na zegarek. Żeby później nie było problemu z ustaleniem dokładnego czasu zgonu.
Pamiętajmy, 5:11, prawie jak 9/11.

Musiało minąć kilka chwil, gdy do niej dotarło, że jeszcze nie pora wstać. Coś się musiało stać, że postawiło domowników na nogi.
Oj tam, mama zawsze się przecież tak drze jak zarzynana!
A pierdolnięcia w okolicy to normalka.

Odrzucając kołdrę na bok, w zupełnej ciemności, ruszyła po omacku w stronę drzwi. Tuż przed wyjściem zdążyła założyć w pośpiechu swoje wysłużone trampki, aby po chwili dołączyć do zaspanych domowników, w pośpiechu idących w stronę wyjścia.
Jak na osobę, która właśnie darła się imionami świętymi, matka była całkiem nietomna.

Jej ojciec, postawny mężczyzna, ubrany w pasiastą piżamę, trzymał w dłoni kij baseballowy.
Zawsze trzymał go przy łóżku, tak na wypadek gdyby nagle nabrał ochoty na rozgrywkę w środku nocy.
To taki Londyński zwyczaj – jak wybijesz komuś zęby, wkładasz kij pod poduszkę, a Wróżka Zębuszka przyniesie ci bilet na mecz piłkarski.

–        Znów jakiś pijany kierowca musiał walnąć w płot! – Wymamrotał pod nosem ze zdenerwowaniem. Drobna, rudowłosa kobieta spojrzała na córkę. Anna wzruszyła ramionami dając jej do zrozumienia, że też idzie na dwór.
Miała bardzo wymowne ramiona.
W sumie bardziej wymowne było spojrzenie matki, która jednym zerknięciem poinformowała córkę o planowanym rodzinnym wyjściu.
Miały do perfekcji opanowaną komunikację niewerbalną.

Cały ogród był ukryty w ciemności, gałęzie drzew falowały smagane wiatrem. Deszcz padał nadal, zmieniając trawnik w bagno.
Czyli powodując błyskawiczne zarastanie przez roślinność przystosowaną do specyficznych warunków związanych z dużym nawilgoceniem.
Korzenie powietrzne i te sprawy.

Trójka osób wyszła na zewnątrz, starając się dostrzec cokolwiek w mroku. Krople deszczu opadały na twarz Anny, długie włosy przykleiły do jej twarzy, a mokra piżama przywarła nieprzyjemnie do ciała. Ojciec Anny, zaczął obchodzić podwórko, szukając auta, które mogło uderzyć w płot.

–        Dziwne. – Na jego twarzy pojawiło się zdziwieniem.
Dziwnym zdziwieniem.
Nawet nie chcę wiedzieć, co mu się pojawiło na twarzy. Pewnie też było lepkie i mokre.
I dziiiiwne!

Podszedł do płotu, dokładnie przyglądając się jego metalowym przęsłom.
Jak wszyscy dobrze wiemy, płoty mają przęsła. A mosty sztachety.
U prząśniczki siedzą, jak anioł dzieweczki, przęślą sobie przęślą z przęseł płoteczki…

Żadne nie zostało uszkodzone. Anna także próbowała zobaczyć cokolwiek. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że zobaczyła krótki błysk w ciemności.
Ale potem przestało się jej wydawać.

Jakieś wątłe światło.

–        Tam, tam coś jest!- Zawołała, kierując się w stronę światełka. Pierwsze co zobaczyła, to opary dymu, kłębiące się przed nią.
Strasznie zdeterminowane było to wątłe światełko, skoro przebiło się przez kłęby dymu. Na które zresztą jeszcze sekundę wcześniej nikt nie zwracał najmniejszej uwagi, ale to drobiazg.
To ta mgła subtropikalna bagienna, normalna w Londynie o tej porze roku.

–        Anna, zaczekaj! – Do jej uszu dotarły krzyki jej rodziców. Oj, tak to było nierozważne.
Nierozważne krzyki wobec nierozważnej córki biegającej po bagiennym ogrodzie.

Ale, jakaś dziwna ciekawość, jakaś siła ciągnęła ją w to miejsce. Jakby coś szeptało jej do ucha, idź, idź na przód.
A co tam, pójdę w te kłębiące się opary dymu, będzie taki fun!
To pewnie ta sama osoba, która stoi przy jej łóżku i komentuje rzeczywistość.
I po chwili dodała: “Pamiętaj, na przód, nie pomyl się i nie poleź na tył!”.

–        Z każdym krokiem jej czerwone trampki zapadały się w wilgotnej ziemi.
A podobno umiała lewitować. Chyba, że trampki się zapadały, a ona nie.
No jasne że nie, przecież “Niemal cały czas nie dotykała ziemi.” Po prostu trampki żyły własnym życiem.

Tak, była coraz bliżej. Gdy opary przerzedziły się, Anna w końcu zobaczyła, to co spowodowało huk. Co jej rodziców dotarł jej krzyk.
Co jej..?
To jej.

Jej serce, stanęło.
Aaa! I padła trupem na miejscu, koniec fanfika.
Koniec, fanfika, niestety nie, nastąpi.

–        Ona sama cofnęła się kilka kroków, zasłaniając usta dłonią. Z wciąż dymiącej niebieskiej budki telefonicznej

TELEFONICZNEJ..? Whovianie dostają właśnie apopleksji.
Dla wyjaśnienia – budki telefoniczne są czerwone i siedzi w nich Harry Potter jadący do Ministerstwa Magii. TARDIS jest “police box”, z którego co prawda się dzwoniło, ale tu chodzi o zasady.

wyszedł mężczyzna, poły jego długiego płaszcza powiewały na wietrze, na garniturze widniały plamy błota.
To oburzeni Whovianie zmieszali go z błotem za to, że zamienił TARDIS na budkę telefoniczną.
Podczas katastrofy się w płaszcz odział, spryciarz.

–        Witam, nazywam się Doktor… – Jego słowa zmieszały się z odgłosami wiatru.
Brzmiało to mnie więcej tak: „Wiiiuuuutam, naziuuuuuwam siuuuuu Dokwiuuuur…”
Doktor, który po wylądowaniu nie sprawdza, co się stało z TARDIS, nie biegający nerwowo z śrubokrętem i nie bziumkający wszystkiego, co się rusza? Widocznie ta orgia z Jackiem zgwałciła mu charakter.
Spoko, spoko, myślę, że zaraz przebziumka naszą bohaterkę. Daj-mu-szansę!
W życiu! Rzucę się na nią jak na granat!

Rudowłosa dziewczyna wpatrywała się na niego oczami pełnymi strachu, niedowierzania.
Aż niedowierzanie zalało jej tęczówki i źrenice, a wtedy oślepła. Ze strachu.
A Doktor zapytał: Amy? Amelia Pond? Przecież to już było, zaraz, nie, to jeszcze nie ja, znaczy się, ja, ale inny ja…
“Ale to już było, i nie wróci więcej..!”

Jej twarz zastygła w kompletnym osłupieniu.
Na wieczność.
Z rozdziawioną paszczą.
No co Ty, to kulturalna dziewczyna jest, zasłoniła usta dłonią, pamiętasz? (Tam, gdzie TARDIS okazuje się być budką telefoniczną.)

Przez chwilę ich spojrzenia się spotkały. Jego brwi uniosły się także w zdumieniu.
Bo wcześniej były uniesione tylko w niepokoju.
Zdumiony niepokój – nie mylić z zadymionym pokojem!

Przeniósł swoje spojrzenie z twarzy dziewczyny na górę od jej piżamy.

–        CO?! -Powiedział,
PIERSI?! U DZIEWCZYNY?!
Tak od razu na cycki? Jesteś autoreczko pewna, że to nie Jack?
A widzisz?! Będzie bziumkanie!

gdy dotarło do niego, co jest na niej narysowane. Wpatrywał się w swoją własną podobiznę, w czerwone trampki na stopach dziewczyny.
Albowiem były to trampki łudząco podobne do Doktora.
Patrząc na cycki zauważył trampki. Szacun. Może to jednak jest Doktor.
Pfff… i tyle z bziumkania :(. A że zwrócił uwagę na trampki, to nic dziwnego – przecież nie dość, że stanowiły jego podobiznę, to jeszcze wskakiwały i zeskakiwały ze stóp naszej bohaterki wedle woli. Bardzo niepokojące trampki.

‘Banany są dobre!’
Złota myśl Wujka Orangutana. Zalety bananów to zna Harry Potter!

Te słowa układały się w jego głowie.
Raz na jednym boku, raz na drugim.
A potem popełniły samobójstwo.
Przez zajedzenie się bananami. Na śmierć.

A deszcz nadal padał, padał, padał…
A oni tak stali, stali, stali i mokli, mokli, mokli…

Cisza, Cisza nadejdzie i pożre wszystko.
Om niom niom niom!
Ej, Silence byli potem, ktoś wyraźnie ma chrapkę na fabułę Doktora 11 z Tennantem. Cóż, ja w sumie też. Na wiele rzeczy z Tennantem. Wszystkie legalne, zapewniam (choć może niekoniecznie w paru mniejszych krajach arabskich i dwóch-trzech stanach w USA).

Cisza najwyraźniej pożarła także ciąg dalszy opka, albowiem poza pogróżkami (“niedługo zaczynamy”) na blogu nie ma żadnej kontynuacji tej tak ciekawie zapowiadającej się historii. I nigdy już nie dowiemy się, jaką tajemnicę skrywały będące podobizną Doktora i żyjące własnym życiem trampki bohaterki :(.