Fanfik faktycznie smutny, ale głównie dlatego, że pokutuje w nim chore przekonanie, że prawdziwa miłość nie może obejść się bez hektolitrów cierpienia i krwi po drodze. Zdecydowanie za dużo kiepskich yaoi się dziewczę naoglądało. I żeby jeszcze to faktycznie było yaoi, a nie jakieś emo-nie wiadomo-co…

Autorka: Ninika, wpis na blogu krotkie-historie-yaoi.blog.onet.pl, 2009. Zachowano oryginalną pisownię.

Komentują: Szyszka i Mira

Naszło mnie na coś. Nawet nie wiem jak to nazwać. Sami przeczytajcie.

Już się boję.
Albo jest zakochana, albo kupę jej się chce.
Skoro to yaoi, to kierowałabym się w dupy stronę.

Poznaliśmy się, kiedy byliśmy jeszcze mali. Ja- smarkacz, rozpuszczony bachor, dziecko bogaczy. Ty- skromny malec, który zrobiłby wszystko, żeby każdy człowiek był szczęśliwy. Nie obchodziło Cię co z tobą się stanie, ważne  żeby wszyscy wokoło byli zadowoleni.

Szyszku…czy Ty widzisz oczyma wyobraźni to, co ja widzę?
Ciemność widzę, widzę ciemność!

Cieszyłeś się szczęściem innych, które nieraz potrafiło być przeciwko tobie. Byłeś bardzo pomocny, a do tego… cholernie naiwny i żałosny. Tak jak teraz. Ponad 20 lat na karku, a ty nie potrafisz odsunąć się od największego śmiecia, przez którego twoja kariera legła w gruzach,

Zaprzepaścić karięrę w tym wieku – faktycznie wyczyn.
Rany julek, za parę lat zaprzepaszczę ją podwójnie…

strąciłeś rodzinę i omal sam nie zginąłeś.

Żeby było bardziej dramatycznie, brakuje tylko akapitu o ukochanym piesku, który zginął ratując bohaterowi życie.
Piesek nie zdążył, został strącony razem z rodziną. Ze skały pewnie.

Osobę, która to wszystko ci zabrała nazywasz przyjacielem. Osobę, która pozbawiła cię domu, przez którą, przez dobre pół roku nie jadłeś,

To chyba do Księgi Guinnessa się nadaje. Pół roku nie jadł, nie medytował a żyje. Cud nad cudy.
A już na pewno kwalifikuje się na wzmiankę w młodzieżowym przewodniku po emo biadoleniu.

żyłeś w biedzie, zimnie,

W lecie życie w zimnie było nie lada wyczynem.
Bo on tylko zimą w zimnie, latem w biedzie.

osobę, która zafundowała ci cztery pobicia i dwie kradzieże. Osobie która zamordowała twoich rodziców nadałeś miano zaufanego, pomocnego, wiernego, jedynego przyjaciela. Tą osobą jestem ja.

Luke, I’m your father
Nooooooo!
Jak się funduje pobicie? Ej, mały, masz tu na loda, ale jak chcesz, możesz zapłacić kumplom, żeby cię sprali?

Zrobiłeś dla mnie wszystko, ja też zrobiłem dla ciebie wszystko, ale przeciwko tobie.

Wybaczyłeś mi to co zrobiłem. I dlaczego? Bo jesteś pierdoloną samarytanką, Matką Teresą, która dla jakiegoś idioty poświeciła życie.

I tak ślicznie zmieniasz płeć!

Wpakowałem się w kłopoty, dowiedziałeś się o tym. Pojechałeś do mojego wroga i całą winę wziąłeś na siebie. Wszystkie długi i morderstwa. Wszystkie kłamstwa i przewinienia- wziąłeś na swoje barki, by odciążyć mnie od problemów.

To ja upuściłem Madzię! Jej matka jest niewinna.
A machasz jak ona drewnianym fallusem na demony?

Zamknęli cię w lochach i katowali. Bili, gwałcili i podtruwali. Robili wszystko to, byś cierpiał jak najdłużej, a twoje rany byłe głębokie i bolesne. Robili to, co ja bym przeżywał.
A ty się nic nie odezwałeś. Nie jęknąłeś, nie pisnąłeś, nie narzekałeś.

Twardszy niż Strażnik Teksasu.
Robili to co ja bym przeżywał  – zdanie, które będę przeżywać nocami.

Torturowali cię psychicznie, chcieli byś chociaż raz powiedział coś na mnie, bo to byłą moja wina że tam byłeś. Przemilczałeś to. Chwaliłeś mnie i podziwiałeś. Oceniałeś w samych superlatywach. Nigdy nic złego nie wyszło z twojego gardła.

– No powiedz, powiedz coś brzydkiego na Bolka!
– Nie, nie! Bolek to mój przyjaciel! – Lolek opierał się nie bacząc na ból, jaki zadawało mu murzyńskie przyrodzenie.
Wychodzące z gardła.

Potem rannego, na wpół żywego, wyrzucili cię pod moje mieszkanie. Dostałem film z nagraniem jak to cię katowali.

A, że tak wtrącę… po co? Skoro on się przyznał do wszystkiego?
Bo nie chciało im się ciała chować.

Najpierw go obejrzałem a potem zająłem się twoimi ranami. Walczyłem o twoje życie przez trzy noce i cztery dni. Wałczyłem, bo chciałem żebyś żył. Walczyłem, bo zrozumiałem, ze jesteś dla mnie wszystkim.

Taki frajer nie zdarza się codziennie.

Jesteś jedyny, który mnie nie opuścił, który zawsze się za mną stawiał. Jesteś jedynym, którego mogłem nazwać przyjacielem, ale straciłem cię. Umarłeś za moją wolność, nie chciałeś bym cierpiał. Na ziemi byłeś jak Jezus, a ja robiłem za Piłata.

Robiłem za Piłata – ach, te współczesne metafory.
Piłat stał z boku i się cieszył, że jakiś frajer odwala za niego robotę. Wiesz, umywanie rąk, uwalnianie Barabasza…

„Róbcie z nim co chcecie”- ważne, że to ja byłem władcą, wolnym panem.
I gdy już nie miałem nadziei, ze do mnie wrócisz, że zostaniesz, ty nagle obudziłeś się- zmartwychwstałeś! Ze łzami w oczach oglądałeś moją mokrą twarz.

Od czego mokrą. Tego miałeś nigdy się nie dowiedzieć.
Od tego umywania rąk.

Lekki uśmiech pojawił się na twojej twarzy. Byłeś wtedy taki szczęśliwy.

Taki sobie, skoro tylko lekki.
Jakby się uśmiechnął bardziej, to by mu sutki odpadły ze szczęscia.

-Jestem idiotą…- wtedy wyznałem.
-W końcu zrozumiałeś, jak ważni są przyjaciele…- z uśmiechem na twarzy złapałeś moją rękę i tak zostaliśmy na zawsze, tylko razem.

Nie bacząc na drętwiejące kończyny oraz fizjologię naszych organizmów.
A znajomi obwozili nas po jarmarkach, jako kuriozum anatomiczne.
Nie wiem, jak ten drugi, ale jeden pół roku na pewno bez jedzenia tak wytrzymał.

Ja i mój prawdziwy przyjaciel. Wspaniały kochanek…

… Murzyn czasem nas odwiedział.
I wyciągał same dobre rzeczy z gardła.
Ale o tym innym razem, drogie dzieci, jak autorkę na “coś” najdzie.